Inne zagrożenia

W naszym domu czają się również inne, drobniejsze niebezpieczeństwa. W kuchni np. są to głównie szafki kuchenne i to, co się w nich lub na nich znajduje. Drzwiczki szafek, wypchanych różnościami do granic możliwości, tylko czyhają, by się otworzyć i nieostrożnemu przechodniowi przywalić z liścia. Z kolei słoje pełne różnych ciekawostek, misy, mosiężne garnki, gliniane dzbany, puszki itp., upchane niebezpiecznie na szafkach, tylko czekają na nieszczęśnika, który nieostrożnie otworzy jedną z szafek, by gruchnąć z hałasem w dół. W najlepszym wypadku przestraszą go śmiertelnie, gorzej, gdy wylądują mu na nosie lub na głowie, nabijając wielkiego guza. Z półki pod samym sufitem zerkają ciekawie kawałki drewna nielakierowanego, wazoniki ze sztucznymi liśćmi, naczynka niewiadomego pochodzenia i takiegoż przeznaczenia, suszone dynie o fikuśnych kształtach, drewniane figurki i nawet te z Kider Niespodzianek. Wszystko to wyczekuje odpowiedniego momentu, żeby znienacka zaatakować. W pokoju zwanym szumnie salonem atak grozi właściwie z każdej strony, nawet z ziemi i z powietrza. Ze ścian pełnych starych instrumentów, kamiennych zegarów, płaskorzeźb itp. co rusz coś spadnie a to na człowieka, a to na kota. Do belki pod sufitem zostały poprzyczepiane na cieniutkich żyłkach dziwne twory z korzeni o sporych gabarytach i sporych ciężarach. Nic więc dziwnego, że czasem coś się urwie i zleci w dół, wbijając się w podłogę ostrym szpikulcem podobnym do ptasiego dzioba. Jeśli chodzi o zagrożenie z ziemi, to ostatnio przeżyłam chwilę grozy, wpadając na nowy nabytek męża. A była to ni mniej, ni więcej, tylko kula armatnia, która znienacka wytoczyła się spod stołka i wpadła mi pod nogi. Była tak ciężka, że gdyby przeturlała się po moich stopach, z pewnością rozwałkowałaby je na placek. Codziennie więc budzę się ze świadomością, że nie wiem, co nowego może mnie spotkać w moim własnym domu i czy uda mi się przetrwać jeszcze jeden dzień.

Reklamy

Szczęście czy intuicja? Czyli jak przeżyć jeszcze jeden dzień. IV Przewody

Podczas jednego z niewielkich remontów w naszym domu wymieniana była częściowo stara instalacja elektryczna na nową, a w niektórych miejscach przerabiana tak, aby zwiększyć liczbę gniazdek (kinkiety, lampy i lampki). W wielu miejscach zwisały więc fragmenty przewodów starych i nowych, splątanych ze sobą i zasupłanych. Najwięcej takich nieuprzątniętych kabli zwisało z regału z książkami. Któregoś dnia potrzebowałam zajrzeć do książki o uprawie roślin doniczkowych, stojącej na najwyższej półce prawie tuż pod sufitem. Żeby to zrobić, trzeba wejść na oparcie kanapy i, balansując zgrabnie ciałem, gibnąć się w stronę regału, by w odpowiednim momencie dopaść upatrzony egzemplarz. Tak też uczyniłam, zapytawszy jednak uprzednio męża, czy aby te wiszące przewody na pewno nie są pod napięciem. „Ale coś ty! Pewnie, że nie. Czy ja jestem jakiś głupi?” No cóż, staram się na ogół wierzyć słowom męża, więc dość ufnie wyciągnęłam rękę w stronę mojej książki, gdy nagle z lekka się zachwiałam i niechcący musnęłam koniec któregoś ze wspomnianych kabli. W tym momencie od dłoni po łokieć przeszedł mnie dziwny, piekący ból przechodzący w dreszcz i jakaś siła odepchnęła mnie od regału, i zwaliła na kanapę. Przez chwilę siedziałam zdezorientowana i oszołomionym wzrokiem błądziłam dookoła. Mąż spojrzał najpierw na mnie, potem w stronę sufitu, potem znowu na mnie, wreszcie westchnął: „Czyżbym go jednak nie odłączył? Dziwne”.

Szczęście czy intuicja? Czyli jak przeżyć jeszcze jeden dzień. III Piwnica

Oprócz wspomnianych, spektakularnych wypadków, zdarzały się tez mniej efektowne i mniej niebezpieczne, takie jak wpadnięcie do piwnicy, lekkie porażenie prądem czy oberwanie w głowę wielkim słojem spadającym z szafki.

Ponieważ ciągle przybywa nam różnych rzeczy, z którymi nie wiadomo, co zrobić, to najczęściej upycha się je na strychu lub w piwnicy. Klapa do piwnicy początkowo znajdowała się w kuchni metr od fotela, za którym kiedyś stał sławetny baniak z winem. Żeby wejść do piwnicy, trzeba tę klapę otworzyć i zejść ostrożnie po stromych drabino-schodkach. Aby nikt nie wpadł do czarnej, ziejącej jamy, jaka wtedy powstaje, mamy zwyczaj głośnego ostrzegania: „Uwagaaa! Piwnica otwartaaa!” Jednak nie wszyscy hołdują temu zwyczajowi. Kiedyś na przykład wróciłam z zakupów i ustawiłam ciężkie torby na fotelu. Zaczęłam po kolei wypakowywać produkty. Gdy dotarłam do ogromnego kurczaka, którego musiałam wyszarpnąć z torby za solidne skrzydła, mąż ukradkiem, po cichutku za moimi plecami znienacka otworzył klapę. W momencie, gdy z wielkim ptasiorem w rękach zrobiłam krok do tyłu (nie wiedząc nic o niebezpieczeństwie), nagle rympsnęłam w głąb. To nie wszystko. Za chwilę poczułam tępy ból głowy. Okazało się, że to mój mąż walnął mnie klapą, chcąc powstrzymać moje dalsze spadanie. Nie dość, że nabił mi guza, to jeszcze brodą uderzyłam o kant wejścia do piwnicy. Efekt był taki, że zatrzymałam się w połowie drabinki, z brody kapała mi krew, a zafrasowany mąż klęczał nade mną, jęcząc; „O Boże, co ci się stało?! Co ci się stało?!” A ja nie mogłam wykrztusić ani słowa, histerycznie śmiejąc się przez łzy, bo przecież mimo tej sytuacji cały czas dzielnie dzierżyłam kuraka w rękach.

Innym razem (klapa do piwnicy znajdowała się już przy drzwiach wyjściowych) siedziałyśmy z przyjaciółką w kuchni przy kawce i rozmawiałyśmy sobie miło, gdy z korytarza usłyszałam głos starszej córki wracającej ze szkoły: „Cześć, maaaaa…!” i cisza. Gdy po parunastu sekundach w korytarzu nadal nic się nie działo, zaintrygowane, zajrzałyśmy tam z koleżanką, żeby sprawdzić, co się stało.Na oko wszystko było w porządku – wykładzina na podłodze leżała jak zwykle, ale córki nie było. Nagle gdzieś, jakby z podziemi, usłyszałam cichutki głosik: „Mamo, jestem tutaj”. Zdezorientowana, podniosłam linoleum do góry i zamarłam. W dole piwnicy na wielkiej stercie piachu siedziało moje biedne dziecko z tornisterkiem na pleckach i bezradnie się rozglądało. Córka była tak zszokowana, że nawet nie płakała. Wydobyłyśmy ją z przyjaciółką szybko na wierzch i dokładnie obejrzałyśmy, ale na szczęście nic jej ne było. Okazało się później, że to mąż wymontował klapę, aby łatwiej mógł wrzucać tam różne materiały budowlane, potrzebne do późniejszego wylania betonowej podłogi. Zawinięta, sztywna wykładzina sama się odwinęła i ułożyła równiutko, zasłaniając wylot piwnicy. Córka, nie wiedząc o tym, stanęła w złym miejscu i wpadła do środka. Linoleum, które ugięło się po nią, z powrotem wróciło na swoje miejsce. Gdy po pewnym czasie wrócił mąż z wiadrem świeżego piachu i dowiedział się o całym zajściu, stwierdził jedynie: „No, miała córcia szczęście, że nie wróciła wcześniej, bo wtedy był tu jeszcze tylko gruz z potłuczonym szkłem. Piachu nasypałem dosłownie parę minut temu”.

Szczęście czy intuicja? Czyli jak przeżyć jeszcze jeden dzień. II Gąsior

Swego czasu mojego męża fascynowało tworzenie różnych gatunków win. Więc w całym domu piętrzyły się stosy butelek, baniaków i gąsiorów wypełnionych różnobarwnym płynem. Gąsiory stały wszędzie, gdzie się da i nie tylko. Pod stołami (dwie sztuki), obok stołów, za stołami, pod oknami, za fotelami, w spiżarni i w piwnicy. Z każdego kąta słychać było bulgotanie, plumpkanie i bąbelkowanie. Ponieważ ja spędzałam więcej czasu w domu niż mąż, moim zadaniem było dozorowanie tych trunków – sprawdzanie, czy pracują, czy woda w rurkach fermentacyjnych nie wyparowała i ewentualne uzupełnianie jej. Pewnego letniego dnia mąż zadzwonił do mnie z pracy z informacją, że przypomniał sobie coś o winie porzeczkowym, stojącym w kuchni za jednym z foteli. Poprzedniego dnia poziom tego wina podniósł się niebezpiecznie i dobrze byłoby, gdybym sprawdziła, czy wszytko jest w porządku. „Zajrzyj no do gąsiora i zobacz, czy czasami porzeczka nie zatkała wylotu rurki fermentacyjnej, bo wtedy mogłoby wszystko wybuchnąć”. Postanowiłam więc, że od razu sprawdzę, co się dzieje w tym baniaku. Przechyliłam się głęboko za fotel i przyłożyłam oko do rurki. Niestety w kącie było dość ciemno i nic nie zdołałam zobaczyć. Odsunęłam się więc, żeby przesunąć fotel i dokładnie sobie wszystko obejrzeć. W tym właśnie momencie usłyszałam nagle dziwny, głuchy odgłos i zza fotela wystrzeliła rurka wraz z korkiem i z impetem wbiła się w sufit. Natychmiast różowoczerwony płyn rozlał się obficie po świeżo malowanym suficie i spływał strugami po ścianie, rozsiewając jednocześnie ostry, słodki fermentacyjno-alkoholowy zapach. „O matko, kochana!” – jęknęłam. Nie dość, że cudem uratowałam własne oko, to jeszcze kuchnia wygląda, jakbym właśnie zaszlachtowała sporej wielkości świniaka!” Gdy tak stałam w osłupieniu, przyglądając się coraz większym zaciekom, usłyszałam inny dźwięk. Było to złowrogie bzyczenie dobiegające od strony otwartego okna. Gdy spojrzałam w tamtym kierunku, skóra ścierpła mi na plecach. Przez okno wlatywały, przepychając się, chmary zgłodniałych os zwabionych zapachem wina i szczelnie obklejały słodkie plamy, tworząc ruchomy, brzęczący, gruby kożuch. No cóż, tchórzem chyba nie jestem, ale nie przepadam za tymi kąśliwymi owadami, więc, nie namyślając się długo, wzięłam po prostu nogi za pas. Schroniłam się w ogrodzie z drugiej strony domu. Wieczorkiem, gdy wszystko się uspokoiło, a mąż wrócił z pracy, z rezygnacją pokręcił głową i westchnął: „No i znowu trzeba będzie odmalować”.

Szczęście czy intuicja? Czyli jak przeżyć jeszcze jeden dzień

Wiadomo, że skoro w mieszkaniu i dookoła niego piętrzą się stosy różnych przedmiotów, nietrudno o wypadek, który może się skończyć utratą zdrowia lub nawet życia. Tak też bywa i u nas. Oto kilka przykładów:

I Zapalarka

Mój mąż zdobywa swoje trofea w trojaki sposób: znajduje je, dostaje od rodziny lub przyjaciół albo po prostu kupuje za tzw. bezcen. Tak też było i z zapalarką. Kupił na jakimś bazarze dziwne urządzenie, które, nawiasem mówiąc, nie wiadomo, do czego miało służyć. Mąż oglądał je, coś tam kręcił, coś wyciągał, coś naciskał, ale i tak nic nie działało. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ wszystkie przedmioty zakupione przez niego były albo uszkodzone, albo niekompletne. Mąż jednak postanowił wypróbować ową (chyba) zapalarkę na mnie. Właśnie zmywałam naczynia, gdy powiedział: „Stań no trochę bokiem i wyciągnij rękę, a ja cofnę się pod okno i nacisnę ten guzik. I zobaczysz, poczujesz takie miłe ciepełko”. Stanęłam, jak prosił, i czekałam. Z początku tylko coś zaskwierczało i cichutko pyknęło. Mnie jednak równocześnie „pyknęło” coś w głowie i, tknięta niezrozumiałym przeczuciem, szybko cofnęłam wyciągniętą rękę. W tej samej chwili z gwizdem tuż obok mnie przez całą kuchnię przeleciał ogromny słup ognia i walnął z wielka siłą w kafelki nad zlewozmywakiem. Wszystko, co tam wisiało – szczotki, szczoteczki, kuchenne rękawice – stanęło w płomieniach, oświetlając jednocześnie połowę kuchni. Rzuciłam się do ratowania tego, co się da, polewając wszystko obficie wodą i dziękując Bogu, że moja intuicja uchroniła mnie przed pewnym kalectwem. Mąż natomiast stał spokojnie i ze strapioną miną przyglądał się wspomnianemu urządzeniu. „Hmm, chyba nacisnąłem nie to, co trzeba”. I to była jego jedyna reakcja.

Chwilówki – cd.: II Regał

Wszystkie rzeczy, które znosi do domu mój mąż, mają to do siebie, że pojawiają się w bardzo tajemniczy sposób. Nigdy nikomu nie udało się zauważyć, jak je targa, ciągnie, pcha czy niesie. Po prostu w pewnym momencie nagle się pojawiają w różnych dziwnych miejscach i tyle. Tak też było i z regałem. W drugiej części podwórka (tej z budą i wychodkiem) nagle objawił się ogromny, tandetny regał. Był wyjątkowo brzydki, szarobrunatny, bez połysku i nosił na sobie widoczne ślady długoletniego i intensywnego użytkowania. Miał ze 2,5 m wysokości, ale za to tylko dwie półki. Sama elegancja. „O matko, co to?” – spytałam męża. „A, to tylko na chwilę. To regał dla kolegi. Powiedział, że mu się przyda. Ma po niego jutro przyjechać i zabrać do siebie”. Kolega, owszem, przyjechał, ale po bliższych oględzinach stwierdził, że regał mu się jednak nie przyda i odjechał. „No i co teraz? – spytałam. – Trzeba go chyba wynieść albo chociaż porąbać na opał”. „Tak, tak, coś z nim zrobię, muszę tylko chwilę pomyśleć”. Chwila przedłużyła się do kilku tygodni. Na półkach zaczęły się stopniowo pojawiać różne przedmioty – podręczne i te niepodręczne. Napomknę jeszcze, że regał ów zatarasował z lekka dojście do dwóch komórek, tworząc wąski, niewygodny korytarzyk. Kiedy aura stała się mniej przyjazna i zaczął padać deszcz, płyty, z których był zrobiony, solidnie napuchły i rozluźniły się. Regał zaczął się słaniać w przód i w tył, co wyglądało, jakby się chciał nauczyć tańczyć. Tylna ścianka prawie całkowicie się odkleiła i odchyliła do tyłu jak lekko pijana, za to półki pochyliły się ku przodowi, jak gdyby bijąc uniżone pokłony, przy okazji zrzucając z siebie to i owo. Gdy słonko zaś przyświeciło i regalik nieco podsechł, z kolei zaczął się skręcać jak paralityk i, trzeszcząc niepokojąco, straszył ogromnymi szparami w bokach, zupełnie jak w jakimś horrorze, brr! Coraz niebezpieczniej było koło niego przechodzić, bo nie wiadomo było, czy miał ochotę właśnie fiknąć do tyłu, czy też przeciwnie, rympsnąć w przód. Dlatego też wypracowałam dwie metody unikania nieszczęścia. Jedna to przejść delikatnie, skradając się na paluszkach, żeby go broń Boże nie rozbujać. Druga, przeciwnie – przelecieć szalonym pędem, nie oglądając się za siebie i modląc, żeby nie zdążył wylądować mi na głowie. Gdy więc przypomniałam mężowi, że obiecał coś zrobić z tym fantem, odrzekł spokojnie: „No, ale przecież się świetnie przydaje na różne drobiazgi. Poza tym zobacz, jak doskonale zasłania ten bałagan z tyłu i jest jakby porządniej”. Na tak mocny argument chwilowo nie znalazłam już żadnej odpowiedzi i, prawdę mówiąc, szukam jej do dziś.

Mały psikus – duży kłopot, czyli chwilówki: I Choinka

Pewnego zimowego ranka, gdy wyjrzałam sobie przez okno kuchenne (wychodzi na część podwórka), oczom moim ukazał się niezwykły widok. Otóż w miejscu, gdzie wcześniej był kawałek wolnej przestrzeni, ujrzałam nagle brak przestrzeni. Coś zasłaniało mi widok na kwietnik, parkan i sąsiadów. Żeby stwierdzić, co to takiego, musiałam się ubrać i wyjść na dwór. I oto zobaczyłam coś ogromnego i kudłatego. Podeszłam bliżej, żeby obejrzeć to cudo. W całej krasie ukazała mi się choinka gigant. Dla ścisłości była to choinka sztuczna, czyli plastikowa. Na oko miała jakieś 3 m wysokości, sporą objętość i stała 2 m od domu, zasłaniając całkowicie wszystko. Z bliska widać było, że ma solidnie wygryziony tyłek (ciekawe, przez kogo), ale za to od czubka po stojak upstrzona była gęsto czerwonymi kokardkami. Na ten widok nogi się pode mną ugięły, a okrzyk zamarł mi na ustach (bynajmniej nie zachwytu). Po chwili jednak czujnie pojawił się mój mąż i z rozbawioną miną zapytał: „No co, podoba ci się? Ha, ha, ha! Ale ci dowcip zrobiłem, co?! Przecież to tylko na chwilę dla śmiechu. Nie martw się, za parę dni ją wyniosę. Niech tylko nasi znajomi ją zobaczą i się pośmieją”. Trochę mnie to uspokoiło, ale nie do końca. Minęło kilka dni, potem znowu kilka i znowu… Choinkę zaczął przysypywać śnieg. Po pewnym czasie odpadły nawet upiorne kokardki, a ona dalej stała. „Mój drogi, kiedy wreszcie wyniesiesz to paskudztwo?” „Jakie paskudztwo? – zawołał mąż. – Zobacz, jak ona uroczo wygląda w tym śniegu. A jak się ją odkręci tą dziurą do tyłu, to zupełnie jak prawdziwa. Zaraz się przytulniej zrobiło”. No cóż, już wiedziałam, że na męża nie mogę liczyć w sprawie sprzątnięcia osobliwego zjawiska. Postanowiłyśmy więc z córką wziąć sprawy w swoje ręce i usunąć w jakiś sposób obiekt uczuć mojego męża. Niestety, solidny stojak bardzo solidnie przymarzł do podłoża i pozostało nam tylko czekać do wiosny. Wiosną z nowymi siłami i nowym zapałem zabrałyśmy się do pracy. Próbowałyśmy potwora przechylić, przesunąć lub podnieść, ale skubaniec nawet nie drgnął, taki był ciężki. Trzeba było wymyślić jakiś inny sposób pozbycia się niechcianej choinki. Przyszło nam do głowy: porąbanie siekierą, pocięcie piłą spalinową albo nawet podpalenie. Niestety, piły spalinowej nie miałyśmy, a w razie podpalenia trujący dym mógłby wytruć pół miasta. Tak więc na razie chwilówka stoi i czeka na inne genialne pomysły.