Genialne wynalazki, czyli działające inaczej. I Obieraczka do warzyw

Mój mąż ma słabość do różnych nietypowych urządzeń, których działanie nie do końca jest jasne, ale z pewnością bardzo interesujące. Kiedyś na przykład na pewnym bazarze wypatrzył dziwnie wyglądającą machinę. Po dłuższej rozmowie ze sprzedającym dowiedział się, że jest to sprzęt do obierania warzyw. Sprzęt ów składał się z mnóstwa dziwnie wyglądających części, wypełniających sporą reklamówkę. Urządzenie owo było oczywiście niezbyt nowe, ale za to bardzo tanie. Kolejnym jego plusem był pomarańczowy kolor, w którym urządzona jest również nasza kuchnia. Po przywiezieniu cudeńka do domu mąż sprosił znajomych i przyjaciół na uroczyste uruchomienie obieraczki. Najpierw z dumną miną wysypał z torby wszystkie części na stół i rozpoczął oględziny. Elementów było mnóstwo, ale wyglądało na to, że nic do niczego nie pasuje. Każdy z gości, którzy obserwowali męża, podpowiadał mu, gdzie według niego powinno się coś wcisnąć, przykręcić, wyciągnąć lub otworzyć. Teorii było tyle, co zaproszonych. Po jakichś trzech godzinach na stole stanęła wreszcie pomarańczowa pokraka plus dodatkowe dwie kupki niewykorzystanych kawałków. Mąż dumnie potoczył wzrokiem po wszystkich zebranych i z uroczystą miną oświadczył, że przystępuje do demonstracji. Gorąco namawiał wszystkich do wzięcia udziału w eksperymencie i obserwacji z bliska. Gdy utworzył się już wianuszek ciekawskich, mąż włożył surową marchewkę w jeden z dziwnych otworów i zaczął kręcić jakąś wajchą. Z początku nie działo się nic. Następnie machina najpierw dziwnie zadrżała, zacharczała, po czym wchłonęła marchewkę z dziwnym ssącym odgłosem, by po chwili jakby z niesmakiem wypluć ją do połowy. Wystająca część warzywa wygięła się w dziwnym drgawkowym tańcu, a następnie zaczęła nerwowo obracać się dookoła własnej osi. Najpierw dość wolno, potem coraz szybciej i szybciej (jeśli pamiętacie, jak w rysunkowym filmie „Sąsiedzi” tych dwóch nieudaczników próbowało robić garnki z gliny, to ta pierwsza faza była bardzo podobna). Wreszcie marchewka wypsęła się z urządzenia i z plaśnięciem wylądowała na podłodze, rozsiewając wokół drobinki startej skórki i kropelki soku, które obficie zrosiły twarze najbliżej stojących gapiów. „Ale fajne! – wrzasnął mąż. – Może to i nie działa, ale za to ile z tego śmiechu!” I rzeczywiście – ci, którzy stali dalej od stołu, wprost zanosili się od śmiechu. Nieco mniej weseli byli ci z pomarańczowymi piegami na twarzy. Oczywiście najgłośniej śmiał się mój mąż. Nie przejął się zbytnio niepowodzeniem i nie zniechęcił do dalszych eksperymentów. Druga próba polegała na tym, że warzywo zostało upchnięte w inny otwór, zachęcająco wyzierający z boku. Po zakręceniu korbką z początku działo się niewiele. Marchewka dostała jedynie lekkich drgawek, za to machina zaczęła wydawać z siebie niepokojące odgłosy – ni to cmokanie, ni to sapanie. Na koniec zarzęziła agonalnie i rozpadła się. Zasypała stół i podłogę niewyobrażalną ilością cudacznie wyglądających drobniutkich części. Nawiasem mówiąc, kawałeczki znajdowałam jeszcze przez kilka tygodni w różnych kątach. Sama marchewka nie wyglądała raczej na obraną, ale jakby trochę ponadgryzaną przez mole lub jakieś gryzonie, i zupełnie nie zachęcała do spożycia. Mąż z lekkim zakłopotaniem popatrzył na efekt swego działania, po czym, spojrzawszy się na mnie figlarnie, spytał: „No co, spróbujemy jeszcze raz?” Mój wyraz twarzy był chyba dobitną odpowiedzią.

Nieudana maszyna została ukryta przez męża w tajemniczym miejscu, którego nie udało mi się zlokalizować. Na szczęście resztki (znajdowane jeszcze przez dłuższy czas) udało mi się powyrzucać.

Reklamy

Strych, czyli saper myli się tylko raz

Następnym ewenementem w naszym domu jest strych. Po pierwsze wejście nań znajduje się w naszej dawnej sypialni, a obecnie pokoju męża. Pokój ten mieści się na piętrze i jest największym pomieszczeniem w domu, wyłączając tylko piwnicę i strych. Jego wielkość jest równa powierzchni salonu i kuchni razem wziętych. W jednej z jego ścian znajdują się drzwi prowadzące na ów strych. Nie są to jednak zwykłe drzwi, lecz płyta wiórowa w kształcie trapezu prostokątnego, zasłaniająca otwór w ścianie. Zaczynają się one na wysokości ok. 70 cm i są bardzo szczelnie dopasowane. Wejście więc przez nie polega na podważeniu paznokciami, śrubokrętem, pilniczkiem lub czymś podobnym, co się ma pod ręką, jednej z krawędzi płyty i odchyleniu możliwie jak najszerzej, złapaniu któregoś z rogów drzwi, szarpnięciu i dźwignięciu (ze stęknięciem, bo okropnie ciężkie) oraz ustawieniu w jakimś mniej zagraconym miejscu. Zanim jednak się tam dopchamy, trzeba najpierw odsunąć 3 do 5 telewizorów, pudło z gipsami (takie skały), okrągły stołek kręcony do fortepianu, kilka plecaków, śpiwory, pudło ze starymi kasetami wideo i magnetofonowymi oraz dwie góry ciuchów. Teraz można już zadrzeć wysoko nogę i próbować wleźć po ciemku w otchłań nieznaną. Po ciemku, ponieważ światło na strych zapala się w środku. Jeśli ma się trochę szczęścia, żeby nie walnąć się o coś ani nie przewrócić, to z dużą dozą prawdopodobieństwa, sunąc rękami po ścianie na oślep, wreszcie natrafi się na upragniony pstryczek, który rozświetli nam ogromne wnętrze.

No, może „rozświetli” to zbyt szumnie powiedziane. Jedyna bowiem słaba, zakurzona żarówka pozwala na natężenie światła zwane przez normalnych ludzi półmrokiem. Ale od czego jest latarka! Po zapaleniu jej, w zależności od pory roku, albo zostaniemy otoczeni przez tłoczące się zewsząd okna (mamy podwójne – 9 ogromnych skrzydeł plus 8 mniejszych), pudła z ciuchami zimowymi, bombkami i innymi ozdobami choinkowymi, albo stare fotele, foteliki, kanapy i krzesełka. Na środku tuż pod żarówką leżą sterty książek, czasopism, pudeł ze starymi zabawkami i rozsypanymi klockami. To powoduje, że w pomieszczeniu jest jeszcze ciemniej i mniej przejrzyście. Dookoła zaś walają się połamane wózki dziecięce i zabawkowe, miś Puchatek wielkości wieloryba, stare zeszyty, elementarze, rozdeptane kapciochy z ery PRL-u, dziurawe poszwy i prześcieradła, ubrania męża z epoki „30 kg mniej”, a to wszystko suto okraszone ciuchami w workach i luzem. Kiedyś z córką natknęłyśmy się nawet na zwisające z sufitu i jeszcze zamieszkałe gniazdo os.

Jeżeli przyszliśmy na strych w jakimś konkretnym celu, np. po worek z bielizną pościelową, która niechcący się tam znalazła, to musimy za pomocą latarki namierzyć nasz cel, a następnie skrupulatnie opracować plan dojścia do niego. Deski podłogi owego przybytku są bowiem słabe i spróchniałe. Ba, gdzieniegdzie w ogóle ich brak. A pod spodem znajduje się mieszkanie rodziny męża. Jeżeli więc nie chcemy wylądować im w środku pokoju lub kuchni, musimy przypomnieć sobie, którędy można względnie bezpiecznie dotrzeć do upragnionego miejsca. Naciskając delikatnie podłogę przed sobą (jak saper szukający miny), sprawdzamy wytrzymałość podłoża, kierując się odgłosem skrzypienia desek. Gdy tak, meandrując ostrożnie między stertami i zwałami różnych przeszkód, dotrzemy szczęśliwie do celu i zdobędziemy nasz wór z pościelą, mamy dwa wyjścia. Albo idziemy ze zdobyczą znanym nam sposobem (sprawdzając wytrzymałość desek), albo jeśli zapamiętaliśmy drogę, którą przyszliśmy, wracamy po swoich śladach. Potem już tylko zgaszenie światła, upchnięcie drzwi na miejsce (potrzebne dwie osoby), poupychanie rupieci – tych, które wcześniej odsunęliśmy – z powrotem mniej więcej na to samo miejsce, i możemy próbować zwlec wór na dół po wąskich schodach, balansując ostrożnie na zakrętach, by nie pozrzucać zdjęć obwieszających gęsto ściany. Teraz można wreszcie odetchnąć z ulgą, że my żyjemy, a i chałupa przetrwała. No i do następnego razu. Oby jak najpóźniej!

Inne zagrożenia

W naszym domu czają się również inne, drobniejsze niebezpieczeństwa. W kuchni np. są to głównie szafki kuchenne i to, co się w nich lub na nich znajduje. Drzwiczki szafek, wypchanych różnościami do granic możliwości, tylko czyhają, by się otworzyć i nieostrożnemu przechodniowi przywalić z liścia. Z kolei słoje pełne różnych ciekawostek, misy, mosiężne garnki, gliniane dzbany, puszki itp., upchane niebezpiecznie na szafkach, tylko czekają na nieszczęśnika, który nieostrożnie otworzy jedną z szafek, by gruchnąć z hałasem w dół. W najlepszym wypadku przestraszą go śmiertelnie, gorzej, gdy wylądują mu na nosie lub na głowie, nabijając wielkiego guza. Z półki pod samym sufitem zerkają ciekawie kawałki drewna nielakierowanego, wazoniki ze sztucznymi liśćmi, naczynka niewiadomego pochodzenia i takiegoż przeznaczenia, suszone dynie o fikuśnych kształtach, drewniane figurki i nawet te z Kider Niespodzianek. Wszystko to wyczekuje odpowiedniego momentu, żeby znienacka zaatakować. W pokoju zwanym szumnie salonem atak grozi właściwie z każdej strony, nawet z ziemi i z powietrza. Ze ścian pełnych starych instrumentów, kamiennych zegarów, płaskorzeźb itp. co rusz coś spadnie a to na człowieka, a to na kota. Do belki pod sufitem zostały poprzyczepiane na cieniutkich żyłkach dziwne twory z korzeni o sporych gabarytach i sporych ciężarach. Nic więc dziwnego, że czasem coś się urwie i zleci w dół, wbijając się w podłogę ostrym szpikulcem podobnym do ptasiego dzioba. Jeśli chodzi o zagrożenie z ziemi, to ostatnio przeżyłam chwilę grozy, wpadając na nowy nabytek męża. A była to ni mniej, ni więcej, tylko kula armatnia, która znienacka wytoczyła się spod stołka i wpadła mi pod nogi. Była tak ciężka, że gdyby przeturlała się po moich stopach, z pewnością rozwałkowałaby je na placek. Codziennie więc budzę się ze świadomością, że nie wiem, co nowego może mnie spotkać w moim własnym domu i czy uda mi się przetrwać jeszcze jeden dzień.

Szczęście czy intuicja? Czyli jak przeżyć jeszcze jeden dzień. IV Przewody

Podczas jednego z niewielkich remontów w naszym domu wymieniana była częściowo stara instalacja elektryczna na nową, a w niektórych miejscach przerabiana tak, aby zwiększyć liczbę gniazdek (kinkiety, lampy i lampki). W wielu miejscach zwisały więc fragmenty przewodów starych i nowych, splątanych ze sobą i zasupłanych. Najwięcej takich nieuprzątniętych kabli zwisało z regału z książkami. Któregoś dnia potrzebowałam zajrzeć do książki o uprawie roślin doniczkowych, stojącej na najwyższej półce prawie tuż pod sufitem. Żeby to zrobić, trzeba wejść na oparcie kanapy i, balansując zgrabnie ciałem, gibnąć się w stronę regału, by w odpowiednim momencie dopaść upatrzony egzemplarz. Tak też uczyniłam, zapytawszy jednak uprzednio męża, czy aby te wiszące przewody na pewno nie są pod napięciem. „Ale coś ty! Pewnie, że nie. Czy ja jestem jakiś głupi?” No cóż, staram się na ogół wierzyć słowom męża, więc dość ufnie wyciągnęłam rękę w stronę mojej książki, gdy nagle z lekka się zachwiałam i niechcący musnęłam koniec któregoś ze wspomnianych kabli. W tym momencie od dłoni po łokieć przeszedł mnie dziwny, piekący ból przechodzący w dreszcz i jakaś siła odepchnęła mnie od regału, i zwaliła na kanapę. Przez chwilę siedziałam zdezorientowana i oszołomionym wzrokiem błądziłam dookoła. Mąż spojrzał najpierw na mnie, potem w stronę sufitu, potem znowu na mnie, wreszcie westchnął: „Czyżbym go jednak nie odłączył? Dziwne”.

Szczęście czy intuicja? Czyli jak przeżyć jeszcze jeden dzień. III Piwnica

Oprócz wspomnianych, spektakularnych wypadków, zdarzały się tez mniej efektowne i mniej niebezpieczne, takie jak wpadnięcie do piwnicy, lekkie porażenie prądem czy oberwanie w głowę wielkim słojem spadającym z szafki.

Ponieważ ciągle przybywa nam różnych rzeczy, z którymi nie wiadomo, co zrobić, to najczęściej upycha się je na strychu lub w piwnicy. Klapa do piwnicy początkowo znajdowała się w kuchni metr od fotela, za którym kiedyś stał sławetny baniak z winem. Żeby wejść do piwnicy, trzeba tę klapę otworzyć i zejść ostrożnie po stromych drabino-schodkach. Aby nikt nie wpadł do czarnej, ziejącej jamy, jaka wtedy powstaje, mamy zwyczaj głośnego ostrzegania: „Uwagaaa! Piwnica otwartaaa!” Jednak nie wszyscy hołdują temu zwyczajowi. Kiedyś na przykład wróciłam z zakupów i ustawiłam ciężkie torby na fotelu. Zaczęłam po kolei wypakowywać produkty. Gdy dotarłam do ogromnego kurczaka, którego musiałam wyszarpnąć z torby za solidne skrzydła, mąż ukradkiem, po cichutku za moimi plecami znienacka otworzył klapę. W momencie, gdy z wielkim ptasiorem w rękach zrobiłam krok do tyłu (nie wiedząc nic o niebezpieczeństwie), nagle rympsnęłam w głąb. To nie wszystko. Za chwilę poczułam tępy ból głowy. Okazało się, że to mój mąż walnął mnie klapą, chcąc powstrzymać moje dalsze spadanie. Nie dość, że nabił mi guza, to jeszcze brodą uderzyłam o kant wejścia do piwnicy. Efekt był taki, że zatrzymałam się w połowie drabinki, z brody kapała mi krew, a zafrasowany mąż klęczał nade mną, jęcząc; „O Boże, co ci się stało?! Co ci się stało?!” A ja nie mogłam wykrztusić ani słowa, histerycznie śmiejąc się przez łzy, bo przecież mimo tej sytuacji cały czas dzielnie dzierżyłam kuraka w rękach.

Innym razem (klapa do piwnicy znajdowała się już przy drzwiach wyjściowych) siedziałyśmy z przyjaciółką w kuchni przy kawce i rozmawiałyśmy sobie miło, gdy z korytarza usłyszałam głos starszej córki wracającej ze szkoły: „Cześć, maaaaa…!” i cisza. Gdy po parunastu sekundach w korytarzu nadal nic się nie działo, zaintrygowane, zajrzałyśmy tam z koleżanką, żeby sprawdzić, co się stało.Na oko wszystko było w porządku – wykładzina na podłodze leżała jak zwykle, ale córki nie było. Nagle gdzieś, jakby z podziemi, usłyszałam cichutki głosik: „Mamo, jestem tutaj”. Zdezorientowana, podniosłam linoleum do góry i zamarłam. W dole piwnicy na wielkiej stercie piachu siedziało moje biedne dziecko z tornisterkiem na pleckach i bezradnie się rozglądało. Córka była tak zszokowana, że nawet nie płakała. Wydobyłyśmy ją z przyjaciółką szybko na wierzch i dokładnie obejrzałyśmy, ale na szczęście nic jej ne było. Okazało się później, że to mąż wymontował klapę, aby łatwiej mógł wrzucać tam różne materiały budowlane, potrzebne do późniejszego wylania betonowej podłogi. Zawinięta, sztywna wykładzina sama się odwinęła i ułożyła równiutko, zasłaniając wylot piwnicy. Córka, nie wiedząc o tym, stanęła w złym miejscu i wpadła do środka. Linoleum, które ugięło się po nią, z powrotem wróciło na swoje miejsce. Gdy po pewnym czasie wrócił mąż z wiadrem świeżego piachu i dowiedział się o całym zajściu, stwierdził jedynie: „No, miała córcia szczęście, że nie wróciła wcześniej, bo wtedy był tu jeszcze tylko gruz z potłuczonym szkłem. Piachu nasypałem dosłownie parę minut temu”.

Szczęście czy intuicja? Czyli jak przeżyć jeszcze jeden dzień. II Gąsior

Swego czasu mojego męża fascynowało tworzenie różnych gatunków win. Więc w całym domu piętrzyły się stosy butelek, baniaków i gąsiorów wypełnionych różnobarwnym płynem. Gąsiory stały wszędzie, gdzie się da i nie tylko. Pod stołami (dwie sztuki), obok stołów, za stołami, pod oknami, za fotelami, w spiżarni i w piwnicy. Z każdego kąta słychać było bulgotanie, plumpkanie i bąbelkowanie. Ponieważ ja spędzałam więcej czasu w domu niż mąż, moim zadaniem było dozorowanie tych trunków – sprawdzanie, czy pracują, czy woda w rurkach fermentacyjnych nie wyparowała i ewentualne uzupełnianie jej. Pewnego letniego dnia mąż zadzwonił do mnie z pracy z informacją, że przypomniał sobie coś o winie porzeczkowym, stojącym w kuchni za jednym z foteli. Poprzedniego dnia poziom tego wina podniósł się niebezpiecznie i dobrze byłoby, gdybym sprawdziła, czy wszytko jest w porządku. „Zajrzyj no do gąsiora i zobacz, czy czasami porzeczka nie zatkała wylotu rurki fermentacyjnej, bo wtedy mogłoby wszystko wybuchnąć”. Postanowiłam więc, że od razu sprawdzę, co się dzieje w tym baniaku. Przechyliłam się głęboko za fotel i przyłożyłam oko do rurki. Niestety w kącie było dość ciemno i nic nie zdołałam zobaczyć. Odsunęłam się więc, żeby przesunąć fotel i dokładnie sobie wszystko obejrzeć. W tym właśnie momencie usłyszałam nagle dziwny, głuchy odgłos i zza fotela wystrzeliła rurka wraz z korkiem i z impetem wbiła się w sufit. Natychmiast różowoczerwony płyn rozlał się obficie po świeżo malowanym suficie i spływał strugami po ścianie, rozsiewając jednocześnie ostry, słodki fermentacyjno-alkoholowy zapach. „O matko, kochana!” – jęknęłam. Nie dość, że cudem uratowałam własne oko, to jeszcze kuchnia wygląda, jakbym właśnie zaszlachtowała sporej wielkości świniaka!” Gdy tak stałam w osłupieniu, przyglądając się coraz większym zaciekom, usłyszałam inny dźwięk. Było to złowrogie bzyczenie dobiegające od strony otwartego okna. Gdy spojrzałam w tamtym kierunku, skóra ścierpła mi na plecach. Przez okno wlatywały, przepychając się, chmary zgłodniałych os zwabionych zapachem wina i szczelnie obklejały słodkie plamy, tworząc ruchomy, brzęczący, gruby kożuch. No cóż, tchórzem chyba nie jestem, ale nie przepadam za tymi kąśliwymi owadami, więc, nie namyślając się długo, wzięłam po prostu nogi za pas. Schroniłam się w ogrodzie z drugiej strony domu. Wieczorkiem, gdy wszystko się uspokoiło, a mąż wrócił z pracy, z rezygnacją pokręcił głową i westchnął: „No i znowu trzeba będzie odmalować”.

Szczęście czy intuicja? Czyli jak przeżyć jeszcze jeden dzień

Wiadomo, że skoro w mieszkaniu i dookoła niego piętrzą się stosy różnych przedmiotów, nietrudno o wypadek, który może się skończyć utratą zdrowia lub nawet życia. Tak też bywa i u nas. Oto kilka przykładów:

I Zapalarka

Mój mąż zdobywa swoje trofea w trojaki sposób: znajduje je, dostaje od rodziny lub przyjaciół albo po prostu kupuje za tzw. bezcen. Tak też było i z zapalarką. Kupił na jakimś bazarze dziwne urządzenie, które, nawiasem mówiąc, nie wiadomo, do czego miało służyć. Mąż oglądał je, coś tam kręcił, coś wyciągał, coś naciskał, ale i tak nic nie działało. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ wszystkie przedmioty zakupione przez niego były albo uszkodzone, albo niekompletne. Mąż jednak postanowił wypróbować ową (chyba) zapalarkę na mnie. Właśnie zmywałam naczynia, gdy powiedział: „Stań no trochę bokiem i wyciągnij rękę, a ja cofnę się pod okno i nacisnę ten guzik. I zobaczysz, poczujesz takie miłe ciepełko”. Stanęłam, jak prosił, i czekałam. Z początku tylko coś zaskwierczało i cichutko pyknęło. Mnie jednak równocześnie „pyknęło” coś w głowie i, tknięta niezrozumiałym przeczuciem, szybko cofnęłam wyciągniętą rękę. W tej samej chwili z gwizdem tuż obok mnie przez całą kuchnię przeleciał ogromny słup ognia i walnął z wielka siłą w kafelki nad zlewozmywakiem. Wszystko, co tam wisiało – szczotki, szczoteczki, kuchenne rękawice – stanęło w płomieniach, oświetlając jednocześnie połowę kuchni. Rzuciłam się do ratowania tego, co się da, polewając wszystko obficie wodą i dziękując Bogu, że moja intuicja uchroniła mnie przed pewnym kalectwem. Mąż natomiast stał spokojnie i ze strapioną miną przyglądał się wspomnianemu urządzeniu. „Hmm, chyba nacisnąłem nie to, co trzeba”. I to była jego jedyna reakcja.