Szczęście czy intuicja? Czyli jak przeżyć jeszcze jeden dzień

Wiadomo, że skoro w mieszkaniu i dookoła niego piętrzą się stosy różnych przedmiotów, nietrudno o wypadek, który może się skończyć utratą zdrowia lub nawet życia. Tak też bywa i u nas. Oto kilka przykładów:

I Zapalarka

Mój mąż zdobywa swoje trofea w trojaki sposób: znajduje je, dostaje od rodziny lub przyjaciół albo po prostu kupuje za tzw. bezcen. Tak też było i z zapalarką. Kupił na jakimś bazarze dziwne urządzenie, które, nawiasem mówiąc, nie wiadomo, do czego miało służyć. Mąż oglądał je, coś tam kręcił, coś wyciągał, coś naciskał, ale i tak nic nie działało. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ wszystkie przedmioty zakupione przez niego były albo uszkodzone, albo niekompletne. Mąż jednak postanowił wypróbować ową (chyba) zapalarkę na mnie. Właśnie zmywałam naczynia, gdy powiedział: „Stań no trochę bokiem i wyciągnij rękę, a ja cofnę się pod okno i nacisnę ten guzik. I zobaczysz, poczujesz takie miłe ciepełko”. Stanęłam, jak prosił, i czekałam. Z początku tylko coś zaskwierczało i cichutko pyknęło. Mnie jednak równocześnie „pyknęło” coś w głowie i, tknięta niezrozumiałym przeczuciem, szybko cofnęłam wyciągniętą rękę. W tej samej chwili z gwizdem tuż obok mnie przez całą kuchnię przeleciał ogromny słup ognia i walnął z wielka siłą w kafelki nad zlewozmywakiem. Wszystko, co tam wisiało – szczotki, szczoteczki, kuchenne rękawice – stanęło w płomieniach, oświetlając jednocześnie połowę kuchni. Rzuciłam się do ratowania tego, co się da, polewając wszystko obficie wodą i dziękując Bogu, że moja intuicja uchroniła mnie przed pewnym kalectwem. Mąż natomiast stał spokojnie i ze strapioną miną przyglądał się wspomnianemu urządzeniu. „Hmm, chyba nacisnąłem nie to, co trzeba”. I to była jego jedyna reakcja.

Reklamy

Chwilówki – cd.: II Regał

Wszystkie rzeczy, które znosi do domu mój mąż, mają to do siebie, że pojawiają się w bardzo tajemniczy sposób. Nigdy nikomu nie udało się zauważyć, jak je targa, ciągnie, pcha czy niesie. Po prostu w pewnym momencie nagle się pojawiają w różnych dziwnych miejscach i tyle. Tak też było i z regałem. W drugiej części podwórka (tej z budą i wychodkiem) nagle objawił się ogromny, tandetny regał. Był wyjątkowo brzydki, szarobrunatny, bez połysku i nosił na sobie widoczne ślady długoletniego i intensywnego użytkowania. Miał ze 2,5 m wysokości, ale za to tylko dwie półki. Sama elegancja. „O matko, co to?” – spytałam męża. „A, to tylko na chwilę. To regał dla kolegi. Powiedział, że mu się przyda. Ma po niego jutro przyjechać i zabrać do siebie”. Kolega, owszem, przyjechał, ale po bliższych oględzinach stwierdził, że regał mu się jednak nie przyda i odjechał. „No i co teraz? – spytałam. – Trzeba go chyba wynieść albo chociaż porąbać na opał”. „Tak, tak, coś z nim zrobię, muszę tylko chwilę pomyśleć”. Chwila przedłużyła się do kilku tygodni. Na półkach zaczęły się stopniowo pojawiać różne przedmioty – podręczne i te niepodręczne. Napomknę jeszcze, że regał ów zatarasował z lekka dojście do dwóch komórek, tworząc wąski, niewygodny korytarzyk. Kiedy aura stała się mniej przyjazna i zaczął padać deszcz, płyty, z których był zrobiony, solidnie napuchły i rozluźniły się. Regał zaczął się słaniać w przód i w tył, co wyglądało, jakby się chciał nauczyć tańczyć. Tylna ścianka prawie całkowicie się odkleiła i odchyliła do tyłu jak lekko pijana, za to półki pochyliły się ku przodowi, jak gdyby bijąc uniżone pokłony, przy okazji zrzucając z siebie to i owo. Gdy słonko zaś przyświeciło i regalik nieco podsechł, z kolei zaczął się skręcać jak paralityk i, trzeszcząc niepokojąco, straszył ogromnymi szparami w bokach, zupełnie jak w jakimś horrorze, brr! Coraz niebezpieczniej było koło niego przechodzić, bo nie wiadomo było, czy miał ochotę właśnie fiknąć do tyłu, czy też przeciwnie, rympsnąć w przód. Dlatego też wypracowałam dwie metody unikania nieszczęścia. Jedna to przejść delikatnie, skradając się na paluszkach, żeby go broń Boże nie rozbujać. Druga, przeciwnie – przelecieć szalonym pędem, nie oglądając się za siebie i modląc, żeby nie zdążył wylądować mi na głowie. Gdy więc przypomniałam mężowi, że obiecał coś zrobić z tym fantem, odrzekł spokojnie: „No, ale przecież się świetnie przydaje na różne drobiazgi. Poza tym zobacz, jak doskonale zasłania ten bałagan z tyłu i jest jakby porządniej”. Na tak mocny argument chwilowo nie znalazłam już żadnej odpowiedzi i, prawdę mówiąc, szukam jej do dziś.

Mały psikus – duży kłopot, czyli chwilówki: I Choinka

Pewnego zimowego ranka, gdy wyjrzałam sobie przez okno kuchenne (wychodzi na część podwórka), oczom moim ukazał się niezwykły widok. Otóż w miejscu, gdzie wcześniej był kawałek wolnej przestrzeni, ujrzałam nagle brak przestrzeni. Coś zasłaniało mi widok na kwietnik, parkan i sąsiadów. Żeby stwierdzić, co to takiego, musiałam się ubrać i wyjść na dwór. I oto zobaczyłam coś ogromnego i kudłatego. Podeszłam bliżej, żeby obejrzeć to cudo. W całej krasie ukazała mi się choinka gigant. Dla ścisłości była to choinka sztuczna, czyli plastikowa. Na oko miała jakieś 3 m wysokości, sporą objętość i stała 2 m od domu, zasłaniając całkowicie wszystko. Z bliska widać było, że ma solidnie wygryziony tyłek (ciekawe, przez kogo), ale za to od czubka po stojak upstrzona była gęsto czerwonymi kokardkami. Na ten widok nogi się pode mną ugięły, a okrzyk zamarł mi na ustach (bynajmniej nie zachwytu). Po chwili jednak czujnie pojawił się mój mąż i z rozbawioną miną zapytał: „No co, podoba ci się? Ha, ha, ha! Ale ci dowcip zrobiłem, co?! Przecież to tylko na chwilę dla śmiechu. Nie martw się, za parę dni ją wyniosę. Niech tylko nasi znajomi ją zobaczą i się pośmieją”. Trochę mnie to uspokoiło, ale nie do końca. Minęło kilka dni, potem znowu kilka i znowu… Choinkę zaczął przysypywać śnieg. Po pewnym czasie odpadły nawet upiorne kokardki, a ona dalej stała. „Mój drogi, kiedy wreszcie wyniesiesz to paskudztwo?” „Jakie paskudztwo? – zawołał mąż. – Zobacz, jak ona uroczo wygląda w tym śniegu. A jak się ją odkręci tą dziurą do tyłu, to zupełnie jak prawdziwa. Zaraz się przytulniej zrobiło”. No cóż, już wiedziałam, że na męża nie mogę liczyć w sprawie sprzątnięcia osobliwego zjawiska. Postanowiłyśmy więc z córką wziąć sprawy w swoje ręce i usunąć w jakiś sposób obiekt uczuć mojego męża. Niestety, solidny stojak bardzo solidnie przymarzł do podłoża i pozostało nam tylko czekać do wiosny. Wiosną z nowymi siłami i nowym zapałem zabrałyśmy się do pracy. Próbowałyśmy potwora przechylić, przesunąć lub podnieść, ale skubaniec nawet nie drgnął, taki był ciężki. Trzeba było wymyślić jakiś inny sposób pozbycia się niechcianej choinki. Przyszło nam do głowy: porąbanie siekierą, pocięcie piłą spalinową albo nawet podpalenie. Niestety, piły spalinowej nie miałyśmy, a w razie podpalenia trujący dym mógłby wytruć pół miasta. Tak więc na razie chwilówka stoi i czeka na inne genialne pomysły.

O zapchajdziurze, czyli schowanka małe i duże

Wiadomo, że skoro gromadzi się tyle rzeczy, co my, to trzeba je gdzieś pochować, poukładać lub po prostu upchnąć, gdzie się da. Schowki mogą być duże, średnie, małe lub całkiem malutkie. Zacznijmy od tych większych. Sporo lat temu kupiliśmy przyczepę campingową, aby uatrakcyjnić sobie wakacyjne wypady. Czy to noclegi, czy przyrządzanie posiłków łatwiej zorganizować, mając solidną przyczepę niż mało trwały namiot. Nie mówiąc już o tym, że łatwiej jest zabezpieczyć ubrania i prowiant. Kiedyś podczas urlopu nad morzem nasze zapasy, nie mając odpowiedniej ochrony, padły ofiarą wygłodniałych jenotów. Zwierzaki te pod osłoną nocy przytruchtały pod namiot, zjadły wszystko, co było do zjedzenia (wylizały nawet słoik po maśle), po czym cichaczem zniknęły.

Ucieszyłam się więc, że teraz, skoro mamy przyczepę, nasze wyjazdy będą łączyły się z większą wygodą i bezpieczeństwem. Jakie więc było moje zdumienie, gdy przy pierwszej nadarzającej się okazji na wyjazd mąż nagle zaczął się wymigiwać od zabrania ze sobą naszego nowego nabytku. A to, że na tak krótko to nie warto, a to, że z taką kolubryną to ciężko lawirować po drogach, a to, że trudno cofać albo może się urwać. Na koniec jednak okazało się, że przyczyna była zupełnie inna. Po prostu mój mąż zdążył już zrobić tam sobie niezły magazyn, więc zbyt duży kłopot byłby z opróżnieniem (kiedyś nawet próbowano od męża kupić tę przyczepę za niezłe pieniądze, lecz nie zgodził się z powyższych powodów). I tak, gdy zajrzałam do środka przyczepy, ujrzałam ze zdumieniem m. in. składany kajak, wiosła, stare dmuchane materace w ilości czterech (dwa dziurawe), dwie pompki, dwie łopaty, jedne grabie, pudło ze starymi orzechami włoskimi, kosiarkę z przewodami do niej, kilka worów ze ścinkami frotte, stare nasiona kwiatowe i warzywne, brudne ubrania robocze i jeszcze wiele innych rzeczy. Po woni zaś można było stwierdzić, że magazyn ten odwiedzały czasem koty (świetlik w dachu), pozostawiając po sobie wiadomy znacznik zapachowy. Tak więc w rezultacie nie udało nam się ani razu skorzystać z dobrodziejstw płynących z posiadania przyczepy jako przyczepy.

Jak już wcześniej wspominałam, mamy cztery samochody, z których dwa służą jako składy różnych różności, a wypchane są po same brzegi. Dwa pozostałe ze zmiennym szczęściem garażują u mechanika. Drewniana komórka, która służyła kiedyś do przechowywania opału, teraz została zapchana różnymi pustymi pudłami, pudełkami, koszami, a także worami pełnymi różnych śmieci (segregacja). Stanęło na tym, że gdy chce się dorzucić śmieci do któregoś z worków, trzeba najpierw ostro szarpnąć drzwi, odsuwając się jednocześnie, aby nie zostać czymś przysypanym, następnie śmiało pyrgnąć odpady, zdrowo kopnąć w ów worek i czym prędzej zatrzasnąć drzwi. Następnie po otrzepaniu rąk można odetchnąć, bo następna taka akcja dopiero za kilka dni.

Jeśli chodzi o schowanka mniejsze i te całkiem malutkie, umiejscowienie ich jest całkiem przypadkowe. Niektóre znajdują się np. na lodówce, pod stołami lub w różnych szafkach. Np. w szafkach kuchennych zawierających naczynia, każda ze szklanek, szklaneczek, kubeczków lub kieliszków mieści w sobie ciekawą zawartość w postaci np. śrubek, śrubeczek, gwoździ, gwoździków, nakrętek, podkładek, baterii, bateryjek, małych zepsutych zegarków, spinaczy, agrafek, kawałków zapisanych karteczek, guzików, świeczek itp. Kiedyś nasz znajomy, będąc u nas w gościnie, został poczęstowany winem w jednym z takich kieliszków. Gdy zaczął się nagle krztusić i czerwienieć na twarzy, okazało się, że o mało nie udławił się koralikiem, który niechcący połknął (mąż, opróżniając wcześniej ten kieliszek, nie zauważył przyklejonego do dna małego koraliczka). Szczęśliwie koraliczek ów był nie tylko mały, ale i drewniany, więc bez komplikacji przeszedł przez cały układ pokarmowy delikwenta i nie powodując żadnych szkód, wydostał się wiadomą drogą.

Inna z kuchennych szafek służy nam za apteczkę. Również tam wszystko się ledwo mieści i często wypada z hukiem, tłukąc się lub rozsypując. Co jakiś czas trzeba więc leki przejrzeć, posegregować i niepotrzebne wyrzucić. Gdy ostatnio sprzątałyśmy z córką ową apteczkę, natknęłyśmy się na kilka leków przeterminowanych. I nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie to, że najstarszy z nich doczekał niezwykłego jubileuszu – 25 lat utraty ważności! Obie zachodziłyśmy w głowę, jakim cudem udało się mu zakamuflować przez tyle lat. Wniosek stąd taki, że nigdy nie wiadomo, jakie „skarby” można odkryć we własnym domu. Zachęcam wszystkich do własnych poszukiwań i dzielenia się odkryciami w komentarzach.

 

Od przybytku głowa nie boli, czyli po co mieć jedno, jak można mieć dużo

Jak w każdym chyba domu, mamy różne sprzęty, które działają lepiej lub gorzej, ale jeszcze działają. Np. pralkę, lodówkę, zamrażarkę, mikrofalę, kuchenkę gazową. Widocznie jednak nie zadowalało to mojego męża, bo zaczął gromadzić wielokrotności tych sprzętów. I tak staliśmy się „szczęśliwymi” posiadaczami: dwóch dodatkowych, zardzewiałych kuchenek, trzech zepsutych pralek różnego typu, trzech lodówek i dwóch zamrażarek w dość zaawansowanym rozkładzie; trzech mikrofalówek, zużytych i brudnych tak, jakby służyły przez 50 lat w podrzędnym barze; ok. ośmiu dzbanków elektrycznych (każdy po 5 zł), które chyba nigdy nie grzały, ale za to świeciły na kolorowo (tylko przez pierwszych 5 minut); sześciu wież stereo (grają tylko trzy) oraz siedmiu telewizorów (działają tylko dwa), z czego jeden z braku miejsca czasowo przebywał w tzw. wygódce na tyłach podwórka.

W piwnicy gromadzone są butelki na wino (jest ich ponad 300). Być może za kilka lat zostaną napełnione cieczą ze stojących siedmiu gąsiorów (o poj. od 30 do 80 litrów) zawierających coś w rodzaju wina, ale chyba nie do końca, bo po tylu latach już nie wiadomo, co tam jest. W szufladach przewalają się niezliczone zastępy znaleźnych łyżek, łyżeczek i widelców – każde inne, a co jedno, to brzydsze. Kuchenne szafki pękają w szwach od nadmiaru kubków, kubasów i kubeczków (każdy inny). Gdy mąż przynosi kolejny kubek,a ja pytam: „O Boże, po co nam jeszcze jeden?”, on z uśmiechem odpowiada: „Przecież takiego jeszcze nie mamy!” Niektóre z nich opatrzone są oryginalnymi napisami, np. „Kubek kochanego aniołka”, „Smacznego”, „Bargo – hurt. elektr.”, „Burmistrz pozdrawia” czy „Bio-zdrowie – zdrowa wątroba”. Jeden z nich ma nawet łaty, cztery cycki i trzy nogi (niby że to krowa – ale dlaczego tylko trzy nogi?). Czasem pod nieobecność męża udaje mi się niepostrzeżenie wynieść jedną czy dwie reklamówki tych unikatów. Niestety, mąż po powrocie, ośmielony wolnym miejscem w szafce, zapełnia je błyskawicznie, w dwójnasób rekompensując sobie braki. Tak więc moja walka z ich nadmiarem wygląda mniej więcej tak jak ucinanie głowy hydrze – na miejsce jednej głowy wyrastają trzy nowe.

Na placu stoją trzy przyczepy, z czego jedna campingowa, wszystkie po brzegi wyładowane różnościami (czym – o tym kiedy indziej). Ukoronowaniem zaś zbioru jest kolekcja samochodów, a właściwie starych rzęchów. Mamy ich aż cztery sztuki: trzy na podwórku plus jeden na ulicy (oczywiście z braku wolnego miejsca). Działa tylko jeden, jeśli charczenie, krztuszenie, dławienie się i wyrzucanie kłębów czarnego dymu przy każdej okazji można nazwać działaniem. Wygląda więc na to, że kupno następnego auta jest już w zamyśle męża, tylko jak one wszystkie będą stały – czyżby piętrowo?

Sposób na biznes, czyli jak zrobić interes i nie zarobić ani złotówki

Mój mąż zawsze miał smykałkę do robienia świetnych interesów, a przynajmniej tak mu się wydawało. Trzeba przyznać, że w tym względzie wachlarz pomysłów miał dość szeroki. Począwszy od zakupienia na handel dziesięciu par tanich męskich butów w jednym rozmiarze, których nikt nie chciał kupić, bo były za małe, po przywiezienie do domu pięciu ogromniastych worów ze ścinkami frotte. Ścinki te miały posłużyć do uszycia patchworku, z którego to znowu powstałyby kolorowe bluzy. Niestety, ścinki były tak mikroskopijnej wielkości, że nie udało się ich w żaden sposób pozszywać.

Był też pomysł na biznes klockowy: Pewnego dnia mąż zauważył, że ogromna hurtownia zabawek została zlikwidowana i pozostało po niej tylko olbrzymie wysypisko różnych niepotrzebnych rupieci walających się w błocie i zaprawie murarskiej. Między innymi były to tysiące sześciennych, plastikowych klocków z powypisywanymi literkami na każdej ze ścianek. Na ten widok mężowi rozbłysły oczy, a w głowie zaświtał pomysł. Na drugi dzień z samego rana ujrzałam pod bramą wjazdową ogromne zwalisko worów wypełnionych jakby brudną, szarą masą. „Popatrzcie, jakie wspaniałe klocki! Wystarczy je tylko wyczyścić, umyć, wysuszyć, popakować po 50 do torebek i zhandlować na bazarze”. Klocki (w niebieskim i czerwonym kolorze) nie nadawały się do budowania czegokolwiek, bo były zaokrąglone na brzegach i nie trzymały się na sobie. Oczywiście nikt nie chciał kupić czegoś takiego. Wobec tego mąż wpadł na pomysł, żeby po prostu rozdawać je znajomym, którzy mają dzieci. Gorliwie zabrał się więc do pracy. Rezultat był taki, że po pewnym czasie na widok roześmianego męża, obładowanego workami pełnymi klocków, jedni dawali drapaka w krzaki, a inni czmychali do domu i tam czekali, aż niebezpieczeństwo minie.

Furory nie zrobiła również przeterminowana, rozpuszczalna kawa w słoikach (w ilości sześciu skrzynek). „Dziwne, przecież to pyszna kawa, a słoiczki na pewno się do czegoś przydadzą”. Niestety, słoiczki się nie przydały, a kawę piliśmy jeszcze przez pięć lat.

I tak niefortunne buty znalazły się w piwnicy razem ze słoiczkami po kawie, klocki przycupnęły na strychu, a wory ze ścinkami zostały upchnięte do przyczepy campingowej. I znów zmniejszyła nam się nieco przestrzeń życiowa.

Jak uszczęśliwić najbliższych, czyli superprezenty

Mąż lubi dawać prezenty rodzinie i przyjaciołom, ale nie lubi wydawać na nie pieniędzy. Zdobywanie więc cennych darów wygląda mniej więcej tak: idzie się gdzieś, gdzie są różne przeceny i obniżki, np. „Wszystko po 5 zł”, lub co lepiej „3 zł za kg”, napycha się na oślep całe wory towarów, a dopiero w domu się ogląda i zastanawia, co komu wlepić. Czasem trafi się jakieś przedpotopowe wdzianko, przyciasna kamizelka ozdobiona sztucznym futerkiem lub rozdeptane kapciochy 3 numery za duże na jakąkolwiek stopę. W domu bierze się taki wór i idzie się z nim najpierw do córki: „To kupiłem specjalnie dla ciebie. Popatrz, córeczko, jaka śliczna bluza”. „Ależ, tato, przecież to jest coś paskudnego, na dodatek na dwumetrowego, grubego faceta!” „No to zobacz, jakie mam fajne szorty w wojskowe łaty”. „Tato, to nie są szorty, tylko porteczki dla 2-latka”. Po przejrzeniu wszystkich darów i oddaniu ich z powrotem wór przechodził dalej. „Zobacz, kochanie, kupiłem coś specjalnie dla ciebie”. Tym sposobem zostałam właścicielką m. in. wielkich majtasów, które po podciągnięciu świetnie robiły za kostium jednoczęściowy. Innym razem zamiast obiecanej eleganckiej sukni znalazłam w worku lekko używaną koszulę nocną, uszytą chyba na słonicę w ciąży. Do tego dekolt zaczynał się poniżej pępka. Byłam prawie tak szczęśliwa jak moja córka, która w dniu swych 20. urodzin dostała książeczkę o dojrzewaniu. Mój tata zaś był jeszcze bardziej szczęśliwy, gdy na imieniny dostał prezent w postaci czarodziejskiej kuli. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała podejrzanie, ale gdy chciało się ją dotknąć, zaczynała z siebie wyrzucać iskry i błyskawice. „Fajne, co?”, spytał mąż na widok zdziwionej i lekko przestraszonej miny mojego taty.

Wiele interesujących przedmiotów kupowanych było również do domu. Na przykład otwieracze do puszek, które niczego nie otwierały; ostrzałki do noży, które nie ostrzyły; noże, które nie kroiły; a także wspaniałe, składane wyroby z sylikonu (durszlaki i miski), które po włożeniu do nich czegokolwiek natychmiast robiły się plaskate, a wiktuały lądowały na podłodze. Hitem roku był kiedyś prysznic potwornych gabarytów, z którego kiepsko leciała woda, ręce mdlały od trzymania, ale za to co robił? Świecił! Świecił potwornym światłem, zmieniając kolory jak w dyskotece. „Patrzcie – zakrzyknął nabywca. – Jak wyłączą prąd, od razu będzie wiadomo, gdzie jest łazienka i prysznic”. Zapomniał tylko, że kiedy nie ma prądu, u nas nie ma również wody.

Oczywiście wszystkie te wspaniałości lądowały w końcu w wielkich worach i pudłach, składowane jedne na drugich i upychane, gdzie się da. Mąż pocieszał nas jednak: „Nie martwcie się, przecież to wszystko da się zwrócić albo wymienić”.

Niestety, nie dało się.